„Bez operacji nie będziesz mógł już uprawiać sportu” - te słowa usłyszałem od chirurga dziecięcego w 2021 roku. Nie będę ukrywał, że bardzo mnie to załamało… ale zacznijmy od początku.
Od dziecka uwielbiałem aktywność fizyczną - piłka nożna, koszykówka, hulajnoga, BMX praktycznie wszystko, co dawało ruch i adrenalinę. Niestety, w pewnym momencie życia zerwałem więzadło krzyżowe przednie (ACL). Przez rok leżałem w domu bez ruchu, nie robiąc z tym absolutnie nic, bo… lekarze tak „zalecali”. Cały czas słyszałem, że bez operacji tak naprawdę nie będę już mógł uprawiać sportu.
Paradoks polegał na tym, że mimo takiego gadania, żeby dostać zwykłe zwolnienie z WF-u, musiałem się wręcz prosić, bo przecież „powinienem chodzić” (Chodzić to mogę sobie na spacery a nie ćwiczyć na WF-ie). Nie dostałem nawet głupiego skierowania do fizjoterapeuty, żeby jakkolwiek wzmocnić kolano. No ale cóż takie bywa leczenie, jeśli źle się trafi albo nie zapłaci. Niestety, uwierzyłem tym „specjalistom” i rok spędziłem bez ruchu, żyjąc w strachu, że tak naprawdę już nigdy nie spróbuję żadnego sportu.
Po roku leżenia pojawiły się pierwsze próby powrotu do aktywności, ale każda kończyła się „uciekaniem kolana”. Co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że faktycznie bez operacji sport jest dla mnie zamknięty. Aż w końcu obudziła się we mnie myśl: “a może pójdę na siłownię?” I rzeczywiście to była dobra decyzja. Problem w tym, że trenowałem głównie „górę”, klasyczny “road to 100 kg” na ławie i „świńską masę”, po której w końcu przyszedł czas na zdrową redukcję. W międzyczasie cały czas się uczyłem jak trenować lepiej, jakie ćwiczenia są najlepsze, zacząłem zagłębiać się w anatomię człowieka. Z czasem trafiłem na trójbój siłowy, co okazało się jedną z najlepszych decyzji pod względem rozwoju osobistego i poziomu wiedzy.
Żeby dźwigać dużo i ciężko, musiałem naprawić to, co było popsute. Niestety, pojawiły się nowe problemy ogromny ból obu przywodzicieli, spowodowany błędami technicznymi oraz brakiem mobilności i siły w tych rejonach, szczególnie w martwym ciągu sumo. Na początku nawet nie wiedziałem, że to przywodziciele. Ból promieniował i ciężko było jednoznacznie określić jego źródło.
Przez długi czas błądziłem, testując różne ćwiczenia, zagłębiając się w anatomię, fizjoterapię i programowanie treningowe. Moim celem było nie tylko pozbycie się bólu, ale też odbudowanie kolana i przywrócenie sprawności całego ciała.
Po wielu próbach i upadkach doszedłem do miejsca, w którym jestem teraz praktycznie na ostatniej prostej do pełnego powrotu. Ból nadal się pojawia, ale w znacznie mniejszej formie. Znowu mogę myśleć o poważnym dźwiganiu i osiąganiu konkretnych wyników.
Aktualnie rozpocząłem nowy etap w życiu - Droge do 300kg w martwym ciągu z zerwanym ACL, który możecie śledzić na moim TikToku. Serdecznie zapraszam do obserwowania i pamiętajcie - nigdy nie poddawajcie się.